Pościel z dżerseju


U stóp dresiarza

Odcinek 18

Nick czuł się idiotycznie, siedząc w białym, skórzanym fotelu w środku czarnej, wytwornej limuzyny z przyciemnianymi szybami.
— Dokąd jedziemy, panie Xantiago? — zapytał grzecznie szofer, mężczyzna w średnim wieku.
— Dobre pytanie — odparł Nick i zerknął na kopertę. Adres zwrotny był rozmazany i lekko zabrudzony. Przez chwilę przyglądał mu się uwagą, po czym zapytał: — Czy jest ulica... Milburne Place?
— Jasne, na South End — powiedział szofer. — Który numer?
Nick musiał ponownie wczytać się w podany na kopercie adres.
— Wygląda jak jedenaście.
— Wobec tego Milburne Place jedenaście. Już pana wiozę.
Rzucił kolejne spojrzenie na kopertę. Nazwisko kobiety było całkowicie zamazane, mógł więc odczytać zaledwie kilka pierwszych liter jej imienia. S-A... Potem coś jakby N lub M. Wybrał N. S-A-N... Sandra. Tak prawdopodobnie brzmiało jej imię. Oczywiście mógł to łatwo sprawdzić — wystarczyło, żeby przeczytał jej list umieszczony w kopercie, ale nie zdecydował się na to. Im mniej wiedział o tej kobiecie, tym lepiej.
Przynajmniej numer mieszkania był wyraźny i nie budził żadnych wątpliwości: jego „Walentynka” mieszkała pod numerem 4A.
Samantha Perez, zamieszkała przy Milburne Place 11, mieszkania 4A, leżała właśnie w łóżku w swoim małym dwupokojowym mieszkaniu. Było piętnaście po dziesiątej. Choć zbudziła się już dość dawno temu, wciąż nie miała ochoty wychodzić z pościeli.
— Nie o to chodzi, że mam stracha — przekonywała przez telefon swoją starszą siostrę, Jennifer. — Po prostu boli mnie głowa i czuję, że jestem przeziębiona. Może
nawet mam grypę.
— Ubrałaś się już? Co włożyłaś? — Jennifer nie wydawała się zbyt przejęta. — Na miłość boską, Sam, tylko nie wkładaj tego szarego kostiumu, który kupiłaś ze sto lat temu! Jak ktoś z tak niezwykłym wyczuciem stylu, gdy chodzi o dekorację wnętrz, w ogóle może trzymać w szafie coś tak bezkształtnego i bez wyrazu!
Samantha chrząknęła niepewnie. Kostium, który budził w Jennifer takie emocje, miała właśnie na sobie.
— Kupiłam go nie sto, ale kilka lat temu. O ile pamiętam, wtedy ci się podobał.
— Fakt, kiedyś lubiłam workowate ciuchy — przyznała Jennifer bez zająknięcia. — Poza tym Teddy właśnie cię rzucił i czułaś się wyjątkowo podle, pamiętasz? Ale ja już wtedy mówiłam i powtórzę to jeszcze raz...
— Nie musisz — przerwała Samantha: — Wiem. Był fałszywy, był oszustem i zwykłym śmieciem. I mnie, i Bridget lepiej jest bez niego. To, że Bridget kocha swego ojca, to dobrze. Jest poważnie przejęta tym, że spędzi z nim Walentynki.
— Ty też będziesz miała świetne Walentynki. Kto wie, co się z tego urodzi?
— Nic. Nigdzie nie idę. Jestem chora.
— Wcale nie jesteś chora, tylko się boisz. Myślisz, że jeśli raz wyszłaś za głupca, a prawnik, który przeprowadzał rozwód, również okazał się głupcem i zszargał ci nerwy, to każdy facet na świecie jest taki sam? Akurat ten jest inny.
— Skąd wiesz? — zaatakowała Samantha. — Co ty w ogóle możesz wiedzieć o mężczyznach?
— Swoje wiem. Że jest bogaty, ma powodzenie, jest miły, atrakcyjny...
— Boże, dlaczego dałam się w to wrobić?
— Nie wiesz? Ponieważ czujesz się beznadziejnie Samotna. Już rok, jak nie byłaś na żadnej randce.
— Dziewięć miesięcy — poprawiła Samantha. — I była to klęska.
— Nieważne. Przyznaj się, Sam. W głębi ducha pragniesz, by ktoś cię pokochał, zaopiekował się tobą...
— Daj mi spokój, Jen. To, o czym mówisz, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. A już najmniej z tą nieszczęsną randką w ciemno, w którą mnie wrobiłaś.
— Wiem! — wykrzyknęła Jen. — Włóż tę czerwoną sukienkę z dżerseju. Czerwona — w sam raz na Walentynki!. Rozpuść włosy, no i sama się rozluźnij...
Samantha odsunęła na chwilę słuchawkę od ucha i uśmiechnęła się do niej.
— Co ty tam masz? — Pokręciła z niedowierzaniem głową. — Rentgena? — Poświęciła przecież dwadzieścia minut na ułożenie włosów w gładki kok.
— Czy wiesz, jak wiele kobiet dałoby się zabić, żeby tylko mieć takie włosy jak ty, Sam? - mówiła tymczasem niczym nie zrażona Jennifer. — Te dzikie, długie włosy W dodatku zupełnie naturalne bez żadnych dopinek
— Jen, ja już nie mogę — jęknęła Samantha, zerkając na godzinę wyświetlaną na radiowym zegarze.
— No dobra. Zwiąż włosy, jeśli tak będziesz lepiej się czuła. Będzie większy efekt, kiedy pozwolisz mu wyrwać z nich spinki — zachichotała i dodała przez śmiech: — zębami.
Samantha ponownie głucho jęknęła.
— Żartuję, Sam — pocieszyła ją od razu Jennifer. — Wiesz, że jestem daleka od tego, żeby ci radzić, jak masz się zachować na pierwszej randce.
— Jen, czy ty nic nie rozumiesz? — Samantha westchnęła ciężko. — Nie mogę z nim wyjść. Jeszcze nie jestem na to przygotowana.
— To się przygotuj. W tę sukienkę wskoczysz w dwie minuty.
— Nie jestem przygotowana emocjonalnie.
— Sam, przecież to Walentynki.
— To dodatkowy powód, dla którego nie chcę iść na tę randkę. To nie byłoby w porządku, wobec niego i wobec siebie. Walentynki to zbyt... romantyczna okazja. A ja wcale nie jestem w romantycznym nastroju.
— Nawet go nie widziałaś. Skąd możesz wiedzieć...
Samantha nie słuchała już jednak swojej siostry. Zaabsorbowała ją ogromna, czarna limuzyna, która wjechała właśnie na podjazd przed jej domem, a jeszcze bardziej wysoki i niewiarygodnie przystojny mężczyzna, który z niej wysiadł. Poza atrakcyjnym wyglądem uderzyło ją jego zwykłe ubranie — wełniane spodnie, gruby golf i znoszona, skórzana kurtka lotnicza. Strój niezupełnie taki, jakiego oczekiwała po kimś, kto podróżuje limuzyną. Ta niestosowność miała nawet pewien urok i zrobiła na niej wrażenie, ale nie na tyle, by zmieniła zdanie.
Odsunęła się gwałtownie od okna, widząc, że mężczyzna spogląda na jej dom. Zapewne sprawdza, czy trafił we właściwe miejsce.
— Sam, jesteś tam? — usłyszała głos Jen, dobiegający ze słuchawki telefonu — Słyszysz, co do ciebie mówię?
— Co takiego? — wyszeptała Samantha nieprzytomnym innym głosem.
— Wiedziałam. Zawsze się wyłączasz, gdy ludzie próbują ci dać dobrą radę.
— Nie teraz, Jen — ucięła Samantha. — On... chyba przyjechał. Ten facet... Właśnie wysiadł z limuzyny.
— Z limuzyny? Świetnie. Lepiej, niż przypuszczałam. No i co? Będzie coś z tego? Jak myślisz? Samantha chwyciła się za brzuch.
— Myślę, że jest mi niedobrze.